Położyłam
się obok Len'a i usnęłam. Rano obudziły mnie promienie słońca które
wpadały do jaskini. Basiora już nie było. Lucky jeszcze spał. Wstałam i
wyszłam z jaskini. Poczułam znajomy zapach i ruszyłam za nim. Mój nos
zaprowadził mnie prosto do Len'a.
-Dzień do..-nie dokończyłam bo mi przerwał.
-Ciiii.....-przewrócił mnie-widzisz-odepchnął kilka gałęzi a mym oczom ukazali się ludzie.
-Len to są ludzie zwariowałeś, wracajmy.
-Spokojnie, bądź cicho, a nic się nie stanie.
Teraz ucichłam i położyłam się obok Len'a. Obserwowaliśmy tych ludzi.
Nagle podjechał samochód. Z niego wysiadł człowiek z jakąś pochodnią.
Rzucił ją na kępkę krzaków a do samochodu wsiadła reszta ludzi i
odjechali. Teraz krzaki zapłonęły ogniem który szybko się
rozprzestrzeniał.
-Len zawiadom watahę, ja się zajmę ogniem-powiedziałam i rzuciłam się
prosto w ogień. Oczywiście płomienie się rozstąpiły bo potrafię nad nimi
panować. Zaczęłam wchłaniać ogień, ale szło mi to za wolno by zatrzymać
pożar. A Len to wszytko widział.
<Len dokończ>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz